OD ZESPOŁU DO STUDIA
Zespół Filmowy „Oko” został powołany przez ministra kultury 1 stycznia 1984 roku.
Zespół był jednostką organizacyjną PRF „Zespoły Filmowe”. W dwóch niewielkich pokojach na ulicy Puławskiej 61, w bezpośrednim sąsiedztwie „Kadru” i „Perspektywy”, Tadeusz Chmielewski uformował grupę twórczą złożoną z reżyserów z niedawnej „Silesii” i z zupełnie nowych kadr.
Tadeusz Chmielewski nigdy nie narzucał reżyserom gatunków filmowych, ale od samego początku pilnował przede wszystkim poziomu dopracowania realizowanych scenariuszy. W tym sensie „Oko” było – i jest nadal - spadkobiercą pierwotnej formy „Zespołów Filmowych”, formy czy może raczej formacji, która wywindowała polskie kino na światowy poziom w latach 60. i 70.
Tak jak dwadzieścia lat temu, tak obecnie w Zespole - Studiu „Oko” nigdy nie brakuje czasu na długie rozmowy o scenariuszach i pracę nad tekstem. Jest to naczelna zasada obowiązująca w Studiu. Druga – równie konsekwentnie realizowana przez 25 lat istnienia Studia – to metoda umiaru ekonomicznego. Szef produkcji Jan Włodarczyk kierował się zawsze zdrowym rozsądkiem. Wielbiciel profesjonalizmu i tzw. porządnego kina z jednej strony unikał realizacji za wszelką cenę tanich, niedofinansowanych produkcji, z drugiej zaś – nie przepadał za zbyt wystawnymi inscenizacjami.
Zasady, którymi kierowali się obaj dyrektorzy Zespołu, zadecydowały o kształcie przyszłych produkcji. Szczególnie wyraźnie widać to w repertuarze z pierwszych lat istnienia „Oka”. Filmy gatunkowe, komedie („Och Karol” Załuskiego), przygodowe („Oko proroka” Komorowskiego) sąsiadują z poważnym kinem autorskim („Kobieta z prowincji” Barańskiego), ambitnymi debiutami („Powinowactwo” Krzystka, „Trzy stopy nad ziemią” Kidawy-Błońskiego), dramatem historycznym („Umarłem, aby żyć” Jędryki”) i serialem gatunku „płaszcza i szpady” („Przyłbice i kaptury” Piestraka).
Zespół to przede wszystkim ludzie. Bardzo szybko w „Oku” uformowała się grupa reżyserów, zarówno „silezjańskich”, jak i z „nowego narybku”, którzy wspólnie z Tadeuszem Chmielewskim nadali ton artystycznej działalności Zespołu. Jedni przychodzili, drudzy odchodzili, ale pewien stały skład Zespołu przetrwał burze i przemiany. Od lat 80. w „Oku” regularnie realizowali filmy: Andrzej Barański, Stanisław Jędryka, Roman Załuski, Marek Piestrak, a także Ryszard Ber (zm. 2004) oraz Paweł Trzaska (zm.1995). Pod koniec lat 90. do tego „żelaznego składu” dołączył Jacek Bromski.
Na skutek zmian polityczno-społecznych po przełomie 1989 roku PRF „Zespoły Filmowe” uległy przekształceniu. 30 września 1989 powstało Studio Filmowe „Oko” i do tej pory trwa w tym kształcie organizacyjnym.
KINO AUTORSKIE
Lata 80. i 90. to dwie trudne dekady w dziejach polskiego kina. Z zupełnie różnych powodów. Po stanie wojennym polscy filmowcy znaleźli się w skomplikowanej sytuacji zawodowej. Z jednej strony oczekiwano od nich kontynuowania roli, jaką odgrywała polska szkoła filmowa czy później kino moralnego niepokoju. W polityczno-społecznej rzeczywistości lat 80. opowiadanie baśni czy bawienie publiczności było dla wielu twórców niemoralne. Z drugiej zaś strony mówić pełnym głosem w warunkach cenzury po prostu się nie dało. Ci, którzy wybrali tzw. lżejsze gatunki, narażali się na etykietkę twórców „niepoważnych”. Jedni i drudzy nader często rozmijali się z oczekiwaniami widowni. W pierwszej połowie lat 90. polskie kino stanęło przed największym od lat 40. kryzysem tematu.
Przez 25 lat działalności „Oko” wyprodukowało filmy, które były wyjątkowo interesującymi przykładami kina autorskiego. Szczególną pozycję zajmuje wśród nich „Stan strachu” Janusza Kijowskiego, czołowego twórcy kina moralnego niepokoju. To jedna z pierwszych poważnych analiz ludzkich postaw w rzeczywistości stanu wojennego. Podobnie niejednoznaczną ocenę bohaterów i ich wyborów przedstawia w swoim drugim kinowym filmie, „Sezon na bażanty”, Wiesław Saniewski. W serii zrealizowanych w „Oku” filmów debiutanckich znaleźć można kilka znaczących tytułów i nazwisk, wśród nich tytuły takie jak telewizyjne „Powinowactwo” Waldemara Krzystka i „Koniec świata” Doroty Kędzierzawskiej, „Trzy stopy nad ziemią” Jana Kidawy-Błońskiego, „Nikt nie jest winien” późniejszego reżysera kinowych hitów Ryszarda Zatorskiego czy debiut fabularny znanej dokumentalistki Grażyny Kędzielawskiej - „Inna wyspa”.
W jubileuszowym 2009 roku światło dzienne ujrzą „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec, którego „Oko” jest koproducentem mniejszościowym. Ciekawym epizodem w historii Studia są koprodukcje etiud studenckich: z Wydziałem Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach etiudy „Opowiadanie” Marcina Pieczonki (wygrała konkurs filmów studenckich na MFF w Melbourne) oraz „Oczyma innych” Piotra Kloca. W 2009 roku „Oko” zrealizowało wspólnie z PWSFTviT w Łodzi film dyplomowy „Nic o mojej matce” Julii Kolberger.
WRONY. LOT DO SUKCESU
Historia kina zna takie wypadki: po cichutku, z dala od fleszy powstaje skromny film o niskim budżecie, o którym nikt nic nie wie. A potem okazuje się jednym z najważniejszych filmów dekady. To właśnie przypadek „Wron” Doroty Kędzierzawskiej.
Młoda reżyserka miała za sobą zrealizowany w „Oku” film telewizyjny „Koniec świata” (m.in. Złoty Dukat i Nagroda FIPRESCI na MTF w Mannheim1989) i debiut kinowy „Diabły, diabły”. „Wrony” początkowo miały być skromnym, godzinnym filmem przeznaczonym głównie dla telewizji. Jednak przejmująca historia samotnej dziewczynki poszukującej miłości, subtelnie wyreżyserowana, z pięknymi zdjęciami Artura Reinharta i muzyką Włodka Pawlika szybko okazała się jednym z najważniejszych filmów dekady. „Wrony” otrzymały m.in. Nagrodę Specjalną Jury na festiwalu w Gdyni w 1994 roku i Złotą Żabę na Camerimage za najlepsze zdjęcia. Film brał udział w sekcji „Coup de Coeur” w Cannes i zdobył główne nagrody na festiwalach w Vevey i Poznaniu. Był polskim kandydatem do Oscara. Jako jeden z nielicznych polskich filmów w tym okresie miał profesjonalną dystrybucję zagraniczną. Do dzisiaj uważany jest za najwybitniejszy film Doroty Kędzierzawskiej.
ANDRZEJA BARAŃSKIEGO MAGIA PROWINCJI
W historii Zespołu, a następnie Studia Filmowego „Oko” szczególną pozycję zajmuje twórczość Andrzeja Barańskiego. Jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, konsekwentnie realizujący własną, autorską wizję kina, wyreżyserował w „Oku” 5 filmów fabularnych: „Kobietę z prowincji”, „Tabu”, „Kramarza”, „Nad rzeką której nie ma” oraz „Kawalerskie życie na obczyźnie”. Obecnie Andrzej Barański przygotowuje się do realizacji „Wrzosu” według scenariusza Tadeusza Chmielewskiego – w wersji kinowej i telewizyjnej. „Andrzej Barański, którego nazwisko kojarzy się z wieloma filmami z życia polskiej prowincji, w gruncie rzeczy nie jest ani folklorystą, ani autorem rodzajowych obrazków, za jakiego się go często uważa, pisze Tadeusz Sobolewski. Realizm, jaki uprawia, ma swoje drugie dno. Pieczołowita rejestracja małomiasteczkowego świata (...), gdzie życie toczy się między sklepikiem, kościołem, knajpą i komisariatem milicji, stanowi jedynie dekorację dramatu, który Barański nosi w sobie, i który pragnie nam dyskretnie przekazać.
Jego filmy są jak fotografie, przeznaczone do kontemplacji. Ważniejsze niż <Ja na pierwszym planie> jest to, co widać w głębi. Tło w filmach Barańskiego mówi o postaciach więcej niż fabuła. (…) Barański pokazuje Polskę tak, jakby była Chinami lub Finlandią, w sposób kontemplacyjny, z punktu widzenia człowieka, który w tej rzeczywistości wyrósł, a zarazem się od niej oddalił, i patrzy trochę, jak gość z Księżyca na świat swojej młodości. Świat śmieszny, wypełniony kiczem, trochę naiwny – ale zobaczony bez cienia złośliwości. Nie ma u nas piękniejszego pomnika wystawionego prowincjonalnej, przedtelewizyjnej kulturze niż filmy Andrzeja Barańskiego”.
Tadeusz Sobolewski, „Nic nie pomyślałem – a przeżyłem”, „Tygodnik Powszechny”, 26.01.1992
OKO A KINO GATUNKOWE
Kiedy patrzy się na dorobek Studia „Oko” na przestrzeni 25 lat, nie można nie zauważyć, że duży procent produkcji stanowią tzw. filmy gatunkowe. Jest to zjawisko w polskiej kinematografii szczególne: ze względów bliżej niewyjaśnionych polscy filmowcy rzadko sięgają po najbardziej filmowe z filmowych gatunków, takie jak: horror, thriller, melodramat. Wśród profesjonalistów popularnością cieszy się jedynie komedia, zapewne dlatego, że Polacy uznali ją za swój ukochany gatunek filmowy. Osobowość i zamiłowania szefa Studia Tadeusza Chmielewskiego na pewno wpłynęły na wyjątkową liczbę komediowych produkcji w „Oku”. Komedie „Oka” należą do ścisłego kanonu najczęściej powtarzanych i najpopularniejszych polskich komedii. Wśród nich są tak znane filmy jak „Och, Karol”, „Kogel-Mogel” i „Galimatias czyli Kogel-Mogel II” Romana Załuskiego, „Co lubią tygrysy” Krzysztofa Nowaka, słynny białostocki cykl Jacka Bromskiego czy kilka filmów z tzw. pogranicza gatunkowego, czyli „To ja, złodziej” Bromskiego, „Show” Macieja Ślesickiego i „Ogród Luizy” Macieja Wojtyszki (koprodukcja mniejszościowa, 2007).
Tadeusz Chmielewski jako producent lubi różnorodność i nie boi się wyzwań. Ze spokojem obserwował wrzawę obyczajową wokół „Och, Karol”, reklamowanego (dodajmy, że na ówczesne czasy bardzo szeroko i profesjonalnie) jako „pierwsza polska komedia erotyczna”. Nie bał się produkowania tak ryzykownego gatunku, jakim jest horror, dlatego w Studiu mogły powstać filmy Marka Piestraka - „Powrót wilczycy” i „Łza księcia ciemności”. Inny film tego reżysera, „Klątwę Doliny Węży”, krytycy porównywali do kina przygodowego spod znaku „Poszukiwaczy zaginionej Arki”.
W Studiu Filmowym „Oko” twórca „Ekstradycji” Wojciech Wójcik zrobił jeden ze swoich najlepszych filmów – kryminał „3 dni bez wyroku” z rewelacyjnym Arturem Żmijewskim. „Niech żyje miłość”, przedostatni film Ryszarda Bera, to z kolei subtelny melodramat, a może raczej... klasyczny romans we współczesnych realiach.
PRZEBOJE ROMANA ZAŁUSKIEGO
W zdecydowanie smętnych latach 80. komedie Romana Załuskiego były wydarzeniem. Aby dostać się na „Och, Karol” czy „Kogel-Mogel” trzeba było odstać swoje w kolejce lub skusić się na usługi konika. Jednak lektura niektórych recenzji tych słynnych komedii obnaża krótkowzroczność krytyki tamtego czasu. Filmom Załuskiego nie dawano więcej niż sezon życia. Tymczasem dzisiaj stanowią one żelazną pozycję programu telewizyjnego i za każdym razem ściągają kilkumilionową widownię. Aktorzy z jego filmów – Jan Monczka, Zdzisław Wardejn, Ewa Kasprzyk, Grażyna Błęcka-Kolska - zdobyli niebywałą popularność i nie mijającą sympatię publiczności. „Och, Karol”, odważnie reklamowany jako „pierwsza polska komedia erotyczna”, był jednym z nielicznych filmów lat 80., który doczekał się profesjonalnej kampanii promocyjnej.
JAK U PANA BOGA ZA PIECEM
Ostatnie 11 lat w życiu Studia Filmowego „Oko” zdominowała współpraca z Jackiem Bromskim. Zaczęła się z pewnymi trudnościami, ale przetrwała. Skromna, średniobudżetowa komedia ,,U Pana Boga za piecem” okazała się wielkim sukcesem, a w ślad za nią poszły kolejne części, serial, a także inspiracje, które dzisiaj oglądamy w kilku innych popularnych filmach i serialach. Pomyślałem sobie, że jeśli mamy gdzieś szukać jakichś wartości, o których w mieście dawno zapomnieliśmy, to właśnie w prowincjonalnym miasteczku na białostocczyźnie, cokolwiek by to nie znaczyło. Imponują mi ludzie, dla których Pan Bóg to Pan Bóg”. - mówi Jacek Bromski.
Tak o współpracy z Jackiem Bromskim mówi Jan Włodarczyk, wicedyrektor „Oka”: „Po dobrych paru latach wróciliśmy do tematu i w roku 2007 wyprodukowaliśmy i wprowadziliśmy na ekrany film <U Pana Boga w ogródku>, który bardzo się podobał widowni i znalazł się wśród czterech najczęściej oglądanych filmów 2007 roku. Towarzyszył mu serial, który się na tyle podobał, że zaczęła go też pokazywać telewizja publiczna. Został też nominowany do Telekamer, co jest ewenementem zważywszy, że ma tylko pięć odcinków.
Dobre przyjęcie w kinach i w telewizji spowodowało, że Jacek Bromski przystąpił do robienia trzeciej części. Filmowi kinowemu towarzyszy mini serial, składający się tym razem z czterech 40-minutowych odcinków. W sumie zrobiliśmy z panem Jackiem trzy filmy kinowe z cyklu ,,U Pana Boga...”, kilkanaście odcinków telewizyjnych oraz jeden film kinowy ,,To ja, złodziej”. Bardzo sobie cenimy tę współpracę i czekamy na jej rozwój”.
FILMY KOSTIUMOWE
Nigdy nie poddajemy się magii kina bardziej niż na seansie filmu kostiumowego czy historycznego. Pokusę stworzenia świata od początku do końca zna chyba każdy reżyser filmowy. Dla producenta film kostiumowy lub dramat historyczny to ogromne wyzwanie: organizacyjne, finansowe i artystyczne. Zrobić film kostiumowy wiarygodnie, nie położyć budżetu i jeszcze, żeby był „o czymś”... „Oko” podejmowało ten wysiłek kilkakrotnie. W 1985 roku powstał tu kameralny melodramat kostiumowy „Stanisław i Anna” Kazimierza Konrada i Piotra Stefaniaka. Cztery lata później Ryszard Ber zrealizował w „Oku” dramat historyczny „Żelazną ręką”, a następnie ściśle z nim związany serial „Kanclerz”, osnuty wokół losów Jana Zamoyskiego. W „Oku” powstał także wyjątkowy film wybitnego reżysera Janusza Majewskiego - „Czarny wąwóz”.
KINO DLA NAJMŁODSZYCH
W Polsce nigdy nie doceniało się wagi kina dla młodego widza. Całkowicie niesłusznie. Dzieci, oglądając film na wielkim ekranie, w ciemnej sali kinowej, traktują go jak rzeczywistość i przeżywają filmową fikcję całą duszą. Taki film może wpłynąć na późniejsze, dorosłe wybory i kształtować gusta. Wielu producentów nie interesuje się jednak tym gatunkiem filmowym. W „Oku” od początków jego istnienia było inaczej. W 1984 roku Paweł Komorowski zrealizował tu kostiumowy film przygodowy „Przeklęte oko proroka”, sequel filmu „Oko proroka” z 1985 roku. W 1986 roku na ekrany wszedł film „Porwanie” Stanisława Jędryki, przygodowe kino młodego widza zrealizowane w fantastycznych czarnomorskich plenerach. Zupełnie inną estetyką operował film „Smacznego telewizorku” Pawła Trzaski, bardzo popularny w pierwszej połowie lat 90. W 2000 roku „Oko” było koproducentem mniejszościowym filmu „Król sokołów” Vaclava Vorlicka, twórcy słynnej „Arabeli”. Do tej listy należy dopisać seriale: „Banda Rudego Pająka” Stanisława Jędryki, „Przyłbice i kaptury” Marka Piestraka oraz telewizyjną wersję „Oka proroka” Komorowskiego.
FILMY STANISŁAWA JĘDRYKI
Stanisława Jędryki nie da się zakwalifikować do żadnego nurtu. To reżyser wszechstronny. Różnorodność jego twórczości odbiła się także na dorobku Zespołu „Oko”. Jędryka zrobił w nim aż 7 filmów i 1 serial telewizyjny. I nie mają one wspólnego mianownika poza obowiązkowym u tego artysty solidnym warsztatem. To także, co warto podkreślić, reżyser znakomitych filmów dla dzieci i młodzieży.
Mówi Stanisław Jędryka: „Pierwszy film, jaki zrobiłem w <Oku> to <Umarłem, aby żyć> według scenariusza Jerzego Janickiego. Scenariusz był oparty na autentycznych wydarzeniach z czasów okupacji., których bohaterem był Miedza-Tomaszewski. Uwięziony na Pawiaku został uratowany przez sfingowanie jego śmierci podczas operacji i podłożenie trupa sobowtóra.
<Umarłem, aby żyć> został bardzo dobrze przyjęty przez krytykę i widzów, także za granicą.
<Umarłem, aby żyć> był pierwszą częścią tryptyku, bo w 1988 roku zrealizowałem dwa filmy opowiadające o fikcyjnych, wymyślonych przez Jerzego Janickiego, losach Miedzy-Tomaszewskiego, bohatera pierwszego filmu. Były to <Po własnym pogrzebie> i <Urodzony po raz trzeci>”.
Inne filmy Jędryki zrobione w <Oku> to „Porwanie”, „Jesienią o szczęściu”, „Pies na środku drogi”, „Kino objazdowe”, „Sami dla siebie” i serial „Banda rudego pająka”.
FILMY TELEWIZYJNE
W latach 80. Zespół Filmowy „Oko” w pełni wykorzystał szansę, jaką była zmiana profilu produkcji Telewizji Polskiej. TVP sięgnęła wówczas po formy mniej kosztowne. Takie jak popularny w tym okresie średniometrażowy film telewizyjny, o czasie trwania około 60 minut. Co ciekawe, nie musiał to być koniecznie film współczesny, sięgano także po tematy historyczne (tzw. bezpieczne), adaptowano opowiadania i nowele. Częstą praktyką reżyserów było rozciąganie (czasem też w tajemnicy przed producentami) formatu telewizyjnego do ukochanego długiego metrażu.
Dzisiaj filmy te trudno zobaczyć na małym ekranie. Szkoda, bo godzinny film fabularny to atrakcyjna forma filmowa, zazwyczaj odznaczająca się dyscypliną formalną i zręcznością konstrukcji. W „Oku” w latach 80. powstało 20 takich produkcji. Wśród nich aż 7 zrealizował Stanisław Jędryka. Na liście tej znalazły się również bardzo ciekawe debiuty reżyserskie: „Powinowactwo” Krzystka. „Dondula” Trzaski i „Koniec świata” Doroty Kędzierzawskiej.
Równolegle w Zespole przez całe lata 80. powstawały seriale telewizyjne. Do roku 1990 powstało ich aż 10. Kilka z nich zrobiło karierę i do dzisiaj są emitowane regularnie w telewizji: „Przyłbice i kaptury” Piestraka (1985), „Na kłopoty Bednarski” Pitery (1986), „Tulipan” Dymka (1986), „Kanclerz” Bera (1989).
W ostatnich latach „Oko” wraca do tej formy produkcji. „U Pana Boga w ogródku” Jacka Bromskiego (2009) zostało zrealizowane również w wersji telewizyjnej – jako kilkuodcinkowy serial. Po pierwszych premierowych odcinkach publiczność nominowała serial do „Telekamer”, co robi wrażenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że nominacje otrzymują kilkudziesięcio- lub kilkusetodcinkowe telenowele.
CZARNE I BIAŁE W KOLORZE
W 2000 roku Studio Filmowe „Oko” jako pierwsza firma w Polsce zdecydowała się na koloryzację dwóch klasycznych komedii - „Samych swoich” Sylwestra Chęcińskiego oraz „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” Tadeusza Chmielewskiego.
Pomysł pokolorowania starych polskich komedii wielokrotnie pojawiał się w rozmowach z Tadeuszem Chmielewskim, szefem Studia Filmowego „Oko”. To, co jeszcze kilka lat temu wydawało się fantastyczną mrzonką, dziś, dzięki możliwościom technicznym, okazało się realne.
Inicjatywę podchwyciła Telewizja Polsat. Obie firmy przez blisko rok przygotowywały się do tego nowatorskiego w polskich warunkach eksperymentu. W proces koloryzacji komedii włączyli się aktywnie ich reżyserzy. To oni decydowali o ostatecznej tonacji filmu. O tonacji poszczególnych klatek decydował Jerzy Stawicki, autor zdjęć do „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”.
Technicznej realizacji przedsięwzięcia podjęła się firma „Dynacs Digital” z Hollywood, która m.in. opracowywała kolorową wersję filmu „Fanfan Tulipan” Christiana-Jaque’a. Do koloryzacji polskich filmów obie strony przygotowywały się kilka miesięcy. Latem 2000 roku Jerzy Stawicki i kierownik produkcji Zbigniew Stanek pojechali do Hollywood, by wybranym, „strategicznym” klatkom nadać odpowiednią tonację i barwę. „Strategicznym”, tzn. takim, na których jest nowa postać, plener, wnętrze, rekwizyt. Na podstawie tak zaprojektowanych kadrów kilkuset pracowników w filii firmy „Dynacs” w Indiach kolorowało całość filmu.
OKO A KOPRODUKCJE FILMOWE
Zespół Filmowy „Oko” był zawsze otwarty na koprodukcje międzynarodowe - nawet w czasach, kiedy tego typu współpraca nie była regułą. W latach 80. Zespół zawarł umowy koprodukcyjne ze Studiem Bojana w Sofii. Dzięki temu „Oko” mogło wyprodukować filmy takie jak „Porwanie” Stanisława Jędryki czy „Przeklęte oko proroka” Pawła Komorowskiego.
Potem było coraz egzotyczniej. „Łza księcia ciemności” powstała w koprodukcji z Estonią, a „Smacznego telewizorku” - z Kazachstanem i Słowacją. W 1996 r., przy współudziale Funduszu Eurimages, nakręcono znakomitą, węgiersko–polsko–niemiecką „Ucieczkę”. Ostatnia koprodukcja „Oka”, również poparta Eurimages, to „Król sokołów” czeskiego reżysera Vàclava Vorlíčka, twórcy słynnej „Arabeli”. „Król sokołów” to efekt współpracy pięciu europejskich krajów: Słowacji, Polski, Czech, Węgier i Francji.
Mało kto wie, że „To ja, złodziej” Jacka Bromskiego jest koprodukcją z.... RPA! Scenariusz–pierwowzór („Zanim przyjdzie zima” Piotra Wereśniaka) wygrał konkurs zorganizowany przez działający w Polsce w latach 90. Filmnet. W międzyczasie jednak Filmnet zwinął żagle, ich klientów przejął Canal+, a ich sprawy – spółka matka w RPA. W ten sposób „To ja, złodziej” powstał na podstawie umowy koprodukcyjnej z firmą w Johannesburgu.

